poniedziałek, 30 stycznia 2017

Back to school






To były nasze pierwsze ferie ever :)
W połowie pracowite, w połowie szalone.
Dziś odkurzyłyśmy plecak i Kala poszła do szkoły.
Nie powiem, że dziarsko, bo zmęczenie było ponad przeciętne i wszystkie nierozsądne wieczory, kiedy szła spać grubo po 22.00, dały się nam we znaki.
Poranek był naprawdę ciężki.
Liczę, że szybko wrócimy do formy.
I że czas do następnej przeryw świątecznej minie szybko, bo fajnie było nam razem.
:)
MIłego dnia.
A.


czwartek, 26 stycznia 2017

Jeszcze nie zabiło... To może już wzmacnia?







Nie ma co się oszukiwać- zima daje się już większości we znaki.
Brak słońca, spadek odporności, codzienne kłopoty, zmęczenie i stres powodują, że czasem mam ochotę zasnąć na sto długich lat albo przynajmniej wyjechać gdzieś bardzo, bardzo daleko.
Ani jedno, ani drugie niestety nie wchodzi w grę.
Jestem matką dzieciom, żoną, córką- wszystkim na raz, więc muszę grzecznie siedzieć i czekać na lepsze czasy.
A te muszą nadejść, bo to wprost niewiarygodne, że jednej rodzinie może się przytrafić tyle głupich i trudnych sytuacji, ile nam w ostatnim czasie.
Mówią, że co cię nie zabije to cię wzmocni (sic!). 
No cóż...
Wraca moda na staromodne przepisy, dziwne sukienki ala podomki, to może i na stare powiedzenia też nadszedł czas.
Jeszcze nas nie zabiło, to może już wzmacnia?
O tym, co nam się przytrafia zupełnie nie ma co pisać, bo to dokładnie to samo co Pani, Pani i oo, tamtej Pani też.
Mądrzy ludzie mówią na to "życie".
Nie ma co jednak ukrywać, że poziom wkurzenia na zaistniałe sytuacje wynosi dziesięć milionów i ciągle rośnie.
No i tu, o zgrozo, mam przemyślenia.

NIC, ale to nic, nie dzieje się bez przyczyny.
Wiem, albo przynajmniej zaczynam rozumieć, że przez to, co mnie spotyka, przez to ile razy nie mam na nic siły, przez to, że czasem wydaje mi się, że dalej tak się nie da, mam możliwość nauczyć się wielu rzeczy.
Przede wszystkim tego, że zawsze muszę dawać radę, że, a i owszem da się, no i zawsze może być gorzej.
Uczą mnie te nasze koszmarnie głupie choroby, że dobrze, że takie a nie inne, że dobrze, że to wszystko wśród takich ludzi a nie innych, a przede wszystkim, że w grupie, a nie w samotności.
Wierzę, że mój mąż przyjdzie kiedyś spać o 23.00 a nie jak zwykle o 4.00 nad ranem- romantycznie jak w piosence, wierzę, że będę miała więcej czasu dla dzieci i spędzimy go DOBRZE, wierzę, że w końcu zacznę podróżować i zwiedzać świat, i że wyjście do sklepu przestanie być dla mnie super egzotyczną przygodą.
Wierzę, że ta cała gonitwa po dobrobyt dla dzieci (nie mylić z konsumpcjonizmem) przyniesie nam kiedyś spokój i nas nie podzieli, że uda nam się to wszystko robić z głową i sercem :)
I że zawsze będziemy pamiętali, po co i dla kogo, te wszystkie starania.

W związku z powyższym- zmęczona szarzyzną, gonitwą za lepszym i brakiem pomidorów, szukam zielonego, coby uspokoił i ukoił.
No i posadziłam las na parapecie, w którym najchętniej przebywa kot.
Gdzie, w dzbanuszku z Ikea, jest źródło dla kota, z którego często korzysta udając, że jest w wiślańskich, zielonych lasach.
:)

Na dodatek zrobiłam dla niego budę.
Najpiękniejszą budę dla kota, jaką kiedykolwiek widziałam.
Tak mi się spodobała, że zaczęłam jej również używać... jako gazetnika.
:)



Miłego dnia
A.



środa, 11 stycznia 2017

Salon ciąg dalszy








Pozostaję jeszcze przez moment w temacie salonu.
Nie mogę się nadziwić jak zmienił się klimat po wstawieniu nowych mebli. 
To zupełnie inne wnętrze.
Myślałam, że aby skończyć go całkowicie przemaluję ściany na biało, ale coraz bardziej skłaniam się ku temu, żeby aktualny kolor jeszcze zostawić.
Znowu zaczęłam się w nim dobrze czuć.
Już prawie w każdym pokoju czuję się dobrze, czuję, że w końcu wszystko jest tak, jak powinno być.
I może choć na chwilę przestanę biegać po domu i przestawiać meble.
:)
Tym bardziej, że czeka mnie wiele pracy w Suterenie i fajnie było by mieć dom "skończony".
Choć z drugiej strony wiem, że ciągle będę szukała nowych rozwiązań.
Czasem nawet siadam w fotelu i wyobrażam sobie, że dostaję moje mieszkanie w stanie surowym i zaczynam go na nowo urządzać.
Bywa, że czasem sama siebie zaskakuję i wiele razy urządziłabym go w zupełnie innym klimacie.
To fajne ćwiczenie.
Poderzewam, że kiedy za kilka lat zdecydujemy się na remont nasz dom będzie się we wszystkim różnił od tego, co jest teraz.
A może to tylko potrzeba tworzenia, bo znowu zauważam u siebie, że oglądam się za domami i mieszkaniami na sprzedaż i w myślach zaczynam je urządzać...
:)
A że niestety aż tak zamożna nie jestem, żeby ciągle kupować mieszkania, to nie zostaje nic innego jak tylko zająć się tym zawodowo.
Tak więc jeśli chcecie coś zmienić i potrzebujecie pomocy to jestem do usług.

:)

Alicja


sobota, 7 stycznia 2017

Mój całkiem nowy salon :)























Czy zostawiliście jeszcze choinkę?
Ja postanowiłam potrzymać ją jak najdłużej.
Może w końcu teraz uda mi się choć na chwilkę usiąść przy niej z książką.
A wiadomo, że końcówka roku zawsze obfita jeśli chodzi o lektury.
Nie udało mi się zrobić postów, jak Pan Bóg przykazał w kolejności od najstarszego- dlatego dziś prezentuję Wam pełną już przemianę naszego salonu.
Mamy to!
Biblioteczka, kanapy, dywan, nowy stolik kawowy.
Doczekałam się.
I w końcu jestem zadowolona.
Teraz jest już tak, jak chciałam- przytulnie.
Jedyny kłopot, jaki się pojawił to taki, że do biblioteczki nie zmieściły się wszystkie książki i będzie trzeba pomyśleć o kolejnym miejscu dla nich.
Jeszcze nie wiem, gdzie będę chciała zrobić kolejną półkę z książkami, ale wiem na pewno, że będzie musiała być duuuuża.
Nawet przez chwilę nie kupowałam nowych książek, bo martwiłam się, gdzie je dam.
Ale na szczęście trwało to tylko dwa dni.
:)
Nie da się nie czytać, nie da się nie kupować.
Też tak macie?
W mojej kolekcji brakuje wielu pozycji.
Przede wszystkim "Czarodziejskiej góry" Tomasza Mannna. 
Pierwsza książka, którą przeczytałam po urodzeniu Kalinki.
Bardzo miło wspominam.
Za to Hrabal już prawie cały skompletowany.
Jest moc!
:)

No dzisiaj to napewno posiedzicie u mnie dłużej.
:)
Tyle zdjęć...

Miłego weekendu.
Pozdrawiam.



ZapiszZapisz

środa, 4 stycznia 2017

Hu hu ha nasza zima zła!



Ależ pogoda się zrobiła! 
Czekałam na taką przez cały grudzień.
Zima bez śnieżyc, mrozu i czerwonego nosa nie byłaby fajna.
Dzisiaj Piotr robi sobie przymusową wycieczkę po górach.
Zazdroszczę mu i współczuję jednocześnie.
Omotał się szalami, czapkami i czym tylko, i jak wychodził było widać tylko jego oczy.
A ja zostałam znowu sama z Janką.
Dziś, tak samo jak wczoraj, ratujemy się przed chłodem- światełkami, napalonym piecem i wygłupami.
Patrzeć na to, co dzieje się za oknem jest niezmiernie miło i klimatycznie. Wsłuchiwać się w wycie wiatru, parząc sobie ciepłą herbatę też nie najgorzej, ale jak pomyślę o wszystkich tych, którzy muszą  dzisiaj pracować gdzieś na zewnątrz to marzną mi wszystkie palce i dostaje dreszczy.
Podziwiam takich ludzi.
No więc dla nich właśnie i dla całej reszty składam czwartkowe życzenia:
wielu litrów gorącej herbaty, 
ciepłych skarpet i dobrej duszy, która będzie czekała na Wasz powrót do domu.

Miłego dnia!



Wspomnienia










Nasz salon ciągle przechodzi metamorfozę.
Dziś już znowu jest tu inaczej.
Zdjęcia zostały zrobione podczas święta Powitania Jesieni, które, z inicjatywy Kalinki, odbyło się w naszym domu w październiku.
Sytuacja była troszkę zabawna, a pomysł całkowicie szalony- zaraz Wam wszystko opowiem.
:)

Jesteśmy od dłuższego już czasu pochłonięte lekturą Muminków.
Przepadamy za nimi.
Pewnego dnia, Kalinka wzdychając stwierdziła, że żałuje, że nie jestem jak Mama Muminka, bo ona ze wszystkiego jest w stanie zrobić wielkie święto i każda okazja dla niej jest dobra żeby upiec tort.
No sami rozumiecie, że nie mogłam tego tak zostawić.
:) :) :)

Zaraz zapytałam, co w takim razie my mogłybyśmy świętować no i padło na początek jesieni.
Postanowiłyśmy zrobić tego dnia Dzień Otwartych Drzwi w naszym domu.
Poinformowaliśmy bliższych i dalszych znajomych o naszym święcie, i kto miał ochotę mógł nas, bez zapowiedzi, odwiedzić.
My tego dnia czekałyśmy z herbatą na gości.
Z tej okazji ustroiłyśmy pięknie dom, a Kalinka rozsypała nawet liście na podłodze i miałyśmy jesienny dywan.
(Pamiętacie odcinek o pierwszej wizycie Pani Filifonki w domu Muminków?)
:) :) :) 
W sumie przez dom tego dnia przeszło około dwadzieścia osób.
Była nawet Nasza Nowa Pani ze szkoły i starzy przyjaciele z przedszkola.
Dodam tylko, że to był piątek, czyli czas wolny dla nauczycieli.
Tym bardziej oszalałyśmy z zachwytu, gdy w drzwiach stanęła Pani Wychowawczyni- że jej się chciało, że tak fajnie zadbała o nastrój i że już wiemy, że panie nauczycielki nie tylko odbębniają godziny w szkole, ale są żywo zainteresowane prawdziwymi relacjami z dziećmi.
Ja zachwycam się tym do teraz.

Spotkanie udało się znakomicie. Długo jeszcze żyliśmy sobie w tej jesiennej aranżacji.
Zatęskniliśmy za przyrodą i naturą.
W zawiązku z tym w mieszkaniu pojawia się coraz więcej leśnych akcentów i więcej zieleni.
Do tego wszystkiego, jak widzicie, już od jesieni nasz dom ustrojony jest światełkami.
Rozproszyć mrok i dodać klimatu- to stało się priorytetem ostatnio.
Chcemy się nacieszyć, ile tylko można, tą atmosferą- ciepłego domu, ciepłej piżamy i spoglądania za okno na zawieruchy, które od czasu do czasu się pojawiają.


Proponuję, żebyście, tak jak my, korzystali z każdej możliwości odpoczynku i szykowali siły na piękną wiosnę.

:)

Miłego dnia!

Alicja



niedziela, 1 stycznia 2017

Wigilia 2016







Witajcie w Nowym Roku!
Czy udało się Wam zorganizować piękne święta? Jak spędziliście Sylwestra?
U mnie wszystko odbywało się w ogromnym pośpiechu...
Końcówka roku dała nam trochę popalić- staraliśmy się bardzo ze wszystkim zdążyć i dać radę.
I chyba się udało.
Trochę kosztem własnych pasji i odpoczynku niestety.
Świąt w tym roku nie pamiętam
:)
zresztą spodziewałam się tego.
Wiedziałam, że kiedy pojawi się Janeczka już nie będzie czasu na celebrowanie każdej chwili.
Nie myliłam się...
Było pięknie i bajkowo, ale nie dane mi było się tym cieszyć.
Moją rolą w tym roku było w całości oddać się bliskim i dla nich stworzyć atmosferę.
Tym samym ominęły mnie spokojne wieczory z książką i kolędami w tle.
Sama Wigilia również bardzo różniła się od tych, które mieliśmy do tej pory.
W tym roku, spotkaliśmy się przy stole z całą rodziną.
Prawie trzydzieści osób, trzydzieści różnych charakterów, trzydzieści różnych historii.
I w pewnym momencie wspólna modlitwa...
Niesamowite przeżycie.
Głosy, które kojarzy się z różnych chwil- śmiechu, płaczu, narzekania nagle w jednej tonacji,  z jedną myślą, z podobnymi uczuciami.
To było bardzo jednoczące.
Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, najpierw usiedliśmy do stołu w czwórkę.
Ale jak możecie się domyślić było szybko.
:)

Nie mogłam doczekać się kiedy odpoczniemy, spędzimy w spokoju i w kameralnej atmosferze kilka chwil.
Nie mogłam doczekać się Nowego Roku, bo czułam, że to będzie autentyczne rozpoczęcie czegoś nowego, że zamknę stare sprawy, oddzielę je grubą kreską.
Właśnie z takim uczuciem dzisiaj się obudziłam.
Zobaczymy jak będzie.
Samo zakończenie roku było już spokojniejsze.
I choć dziewczynki  rozłożył groźny dla humorów katar, to jakoś nie przeszkodziło to nam w zabawie.
Dzisiaj mamy chwilę na regenerację duszy i ciała. Na zdystansowanie się, nabrania sił i na odpoczynek.
A Wy? 
Spędzacie ten dzień aktywnie czy pod kocem, tak jak my?

Życzę Wam, żeby każdy dzień tego roku przynosił dobro i powód do uśmiechu, żeby dodawał Wam sił i energii. 
Życzę Wam pięknych podróży, serdecznych ludzi wokół i zdrowia.
Cieszcie się każdą chwilą i doceniajcie to, co życie Wam daje.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Alicja