poniedziałek, 21 września 2015

Śliwki, rozgrywki i domowe trzęsienie ziemi.









Zakochałam się w smaku i kolorze.
Obfociłam je okrutnie, bo uważam, że zasługują.
:)

Część zjedliśmy w placku, część powędrowała do gara i będą nas rozweselać w zimę w formie powideł.
Część z nich nawet wyrzuciłam, kiedy to przez rodzinę przeszła zawierucha i chciała zdmuchnąć nasz święty spokój.
Wtedy właśnie nie miałam głowy do  niczego i powidła zamiast stać 3 dni, stały na piecu dobrze ponad tydzień.
Nadawały się tylko do kosza. 
Sprawa była poważna, bo ważyły się losy dalszej mojej obecności tutaj i w okolicach :)

Stan na dziś:
dom uratowany,
rodzina cała.
wraca równowaga.

Bilans zysków i strat:
kilka nie przespanych nocy,
wiadro wylanych łez,
gar powideł, 
ale przynajmniej już wiadomo, co dalej z Ali Babą.
A to w tym wszystkim było najważniejsze.
:)


Serdecznie Was ściskam
A.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz